Zapraszamy na:
Blog twórczy Madzi (uwaga, ładne rzeczy!)
SzybkoLog Sławka (uwaga, bzdury!)

Zuzia eksploruje

2010-04-17  slawek-

Gdzie człowiek wejdzie, to znajdzie coś ciekawego.

Teatrzyk Hani o poranku przedstawia: Kopciuszek

2010-04-16  Madzia-

Scena w pałacu, Kopciuszek i książę tańczą. Hania:

Tańczą, tańczą, przebierają nogami. Nagle Kopciuszek pyta:
- Która godzina?
- Ósma.
- Muszę lecieć!
- Czemu??
- Bo o tej porze jest zawsze u nas w domu obiad!

Chcę dobrze, wychodzi jak zwykle

2010-03-25  Madzia-

Mam takie wrażenie, że zajmowanie się dziećmi – ubieranie, przebieranie (mamusiu, ta bluzka nie jest ładna, ja chcę inną!), przewijanie, zastanawianie się, czemu płaczą i co im jest, i czy iść do lekarza i do jakiego, i czy dać lekarstwo czy czekać, wymyślanie codziennie, co im dać do jedzenia, żeby nie pluły kaszką, żeby były zdrowe, żeby nie miały anemii, żeby w ogóle coś zjadły, pranie (różowe, białe, czerwone, czarne), wieszanie (nie wyj, Zuzko, mama tylko zdejmie te pieluchy z suszarki i zaraz idziemy), składanie, zbieranie, odnoszenie na miejsce (mimo, że do kwestii porządku w domu mam bardzo luźne podejście) – zajmuje mi tyle czasu (również czasu procesora), że już nic nie zostaje na to, żeby je zwyczajnie kochać. I się cieszyć, że je mam.

A może jestem dziś po prostu trochę załamana, bo myślałam, że już będzie trochę lepiej, a znowu jest gorzej i Zuzka pół nocy nie śpi i płacze.

Racuchy

2010-03-17  Madzia-

Naszła mnie straszna ochota na racuchy, których, przyznam, nie robiłam nigdy w życiu. Oczywiście zaczęłam od odpalenia googla i znalezienia fyfnastu przepisów, pasujących do tego, co akurat w domu posiadam. Następnie na ich podstawie wydumałam własny przepis, wymieszałam, nasmażyłam, zjadłam :D

Co się robiło w takim wypadku w erze przedinternetowej? Szło się do sąsiadki po przepis i pożyczyć drożdże?

Kwestia obuwia Kopciuszka

2010-03-10  Madzia-

-Mamusiu, a czemu ten pantofelek nie prysł?!
-?
-No przecież wróżka mówiła, że o północy czar pryśnie i wszystko się zmieni w łachmany… Potem w domu im prysł?

W sprawie bycia matką idealną

2010-03-04  Madzia-

W „Gali” przeczytałam wywiad z Magdaleną Środą. Nie, żeby była ona moją idolką, ideologicznie zupełnie inna bajka, niemniej jednak parę rozsądnych rzeczy tam powiedziała, z czego jedną chciałam zacytować. Bo rozważania nad byciem lub nie byciem matką idealną/dobrą/złą jakoś za mną ostatnio chodzą, niekoniecznie z powodów osobistych, chociaż oczywiście też. Zatem:

Niech pani nie mitologizuje tego czasu z dziećmi. Dzieci nudzą się z rodzicami, a rodzice z własnymi dziećmi, choć nie jest rzeczą modną mówić o tym.

Większy autorytet ma matka czynna zawodowo, a nie ta cerująca skarpety, których już nie trzeba cerować, ani ta, która gotuje codziennie obiadki. Jest pralka, jest lodówka i mama ma coraz mniej do robienia w domu. (…) Tymczasem kobietom w Polsce wmawia się, że najważniejsze jest siedzenie w domu. Oskarża się pracujące matki, że nie są dobrymi matkami. Więc kobiety mają wyrzuty sumienia.

Właśnie. Właśnie. Dziecko nie musi wisieć na matce 24/7, żeby wiedzieć, że jest kochane. Matka nie musi wsłuchiwać się w każdy oddech swojego dziecka, żeby mieć pewność, że się nim dobrze opiekuje. Pomyśl, kobieto, o sobie – dziecku się krzywda nie stanie.

Piszę to zupełnie bezinteresownie, bo ja sobie siedzenie w domu chwalę i nigdzie się nie wybieram (w każdym razie nie do pracy). Fakt, że skarpet nie ceruję, a obiady załatwiam możliwie małym nakładem sił i środków, więc pewnie dlatego. Dobrze mam w życiu.

A dla tych, co by chcieli więcej na zadany temat i na inne podobne, o których nie jest modnie mówić – polecam bloga Frustratki. Przerysowane, ale jak jest przegięcie w jedną stronę, to czasem dla równowagi trzeba przegiąć w drugą.

We Will Rock You – Londyn

2010-02-25  slawek-

Zabierałem się za ten wpis przez prawie cały rok, ale jakoś nigdy nie mogłem zebrać myśli. Tym razem chyba się udało.

W ubiegłym roku spędziłem kilka dni w Londynie. Nie mogłem zatem nie odwiedzić teatrów muzycznych, zwłaszcza, że mieszkaliśmy na West Endzie. W tym odcinku zdam relację ze spektaklu We Will Rock You.

Na początku muszę przyznać się do tego, że mając do wyboru co najmniej trzydzieści różnych spektakli (London, baby!), zdecydowałem się na taki, który już znam. We Will Rock You pierwszy raz widziałem w Toronto w 2007 roku i tak mi się spodobał, że od tamtej pory miałem w planach powtórkę. Przy okazji ciekawostka. W Toronto udało mi się nakłonić do obejrzenia WWRY kolegę, który pomimo bycia fanem Queen miał opory przed pójściem. W końcu wybraliśmy się jednak we trójkę. Po zakończeniu spektaklu pierwsze słowa całej trójki brzmiały: „To gdzie można kupić bilety na jutro?” :-)

Dlaczego zatem powtórka w Londynie? Właśnie dlatego, że było fajnie za pierwszym razem, po drugie dlatego, że lubię piosenki, które już znam, a po trzecie bardzo chciałem porównać obie wersje.

Na zdjęciu obok widać jak udekorowany jest Dominion Theatre. Wewnątrz podobny klimat, pełen „branding”. Tu od razu pierwsze zaskoczenie. Teatr okazał się być dość leciwy. Tu i ówdzie odpadała farba czy część tkaniny ze ściany. Gorzej niż w Szczecinie. Przy okazji informacja, że w miastach takich jak Londyn nie ma znanej nam szczecinianom wielozadaniowości teatru z powodu braku innych teatrów. Dominion gra jeden i ten sam musical od 2002 roku! Przyznać trzeba jednak, że Canon Theatre w Toronto to znacznie wspanialszy obiekt, przestronny, ociekający złotem i marmurem. Duży punkt dla Toronto.

Przed spektaklem zamieniłem kilka słów z miłą starszą para z prowincji. Byli troche zdziwieni, że jestem drugi raz na tym samym musicalu. Cóż, przy takim wyborze jak tam mają to nie dziwię się, że nie robią powtórzeń. Przy okazji dowiedziałem się, że mam kanadyjski akcent. Starsza pani pracuje z Polakami i na pewno nie mam polskiego akcentu. Kanadyjski, hm, trochę się podłamałem ;-)

Na szybko o czym jest We Will Rock You. Akcja dzieje się 300 lat w przyszłości, w orwellowskim świecie, który nie nazywa się już Ziemia a „Planeta Centrum Handlowe” (Planet Mall). Rządzi komercja i plastik, a indywidualizm tłumi się w zarodku. Muzyka generowana jest wyłącznie z komputerów, a instrumenty muzyczne są zakazane. Ostatni przyczółek normalności stanowią wywrotowcy, nazywający siebie Bohemians. Główny bohater, Galileo, i jego przypadkowo napotkana towarzyszka, Scaramouche, pragną dołączyć do Bohemians, by wypełnić proroctwo, które obiecuje przywrócenie dawnego porządku.

A jak oceniam londyński spektakl? Przede wszystkim wokalnie był lepszy od kanadyjskiego. Niestety nagłośnienie nie było najlepszej jakości, ale i tak dobrze się tego słuchało. Wiadomo, Queen, znam to lubię :) Aktorsko też było nieźle. Ciekawy miks akcentów na scenie, zwłaszcza że jeden z aktorów posługiwał się bardzo silnym szkockim, a inny bardzo silnym afrykańskim (tu już nie potrafię namierzyć kraju).

Warto wspomnieć o lokalizacji, tzn. lekkim dostosowaniu scenariusza do realiów UK. Dla przykładu finałowa scena ma miejsce na Wembley. Opadnięcie szczęki wywołała jednak wyjeżdżająca spod sceny, kompletna i cholernie realistyczna zniszczona stacja metra. Nie miałem pojęcia że te „dziury” w scenie robią aż tak wielkie.

To tyle. Musicale nie są fabularnie skomplikowane. Mnie ten konkretny zauroczył, bo grano i śpiewano to co lubię, a do tego często zmieniano dekoracje, kostiumy, etc. Jednym słowem coś się na scenie dzieje. Sympatyczne jest dyskretne zmierzanie scenariusza w kierunku finałowego wykonania Bohemian Rhapsody. Trochę tu spojluję, wiem, ale osobiście byłem przerażony faktem, że dzieło skończone, a hymnu brak. Na szczęście był.

Wiele mówiące

2010-02-24  Madzia-

Kiedy Zuzka jest nieszczęśliwa, zostawiona samej sobie i ogólnie niezadowolona z okoliczności, wyrzeka i wzywa pomocy w następujących słowach (no, sylabach): – Mamamamamamama!

Jak tylko zostanie uratowana, czyli przestawiona z pozycji leżącej do stojącej, i tak podtrzymywana, zmienia się w zdobywcę i oznajmia światu, że nadchodzi, wołając: – Tatatatatatatata!

Dziwne.

Idzie wiosna

2010-02-22  Madzia-

Wiem to na pewno, bo dziś poczułam nieprzepartą potrzebę:
a. zrobienia porządków
b. wywalenia precz sporej ilości ciuchów, ze szczególnym uwzględnieniem złachanych swetrów, w których snułam się po domu od października
c. kupienia sobie nowej odzieży.

Zakupy odkładam do chwili, jak śnieg stopnieje i w ogóle (zwłaszcza „w ogóle”), natomiast porządkowanie i wywalanie już zaczęłam, znajdując przy okazji całą masę różnych rzeczy, o których zapomniałam, że je mam.

Wyginam śmiało ciało

2010-02-03  Madzia-

Zuzka opracowała autorski, całkowicie nowy sposób poruszania się, oparty głównie na turlaniu się i kiwaniu głową. Tradycyjne raczkowanie jest dla mięczaków.